poniedziałek, 7 września 2015

Chapter 44

Harry’s POV

Usłyszałem głośne walenie w drzwi, na co podniosłem się z kanapy i wolnym krokiem udałem do przedpokoju, by utworzyć. Nie miałem pojęcia kto może dobijać się do mnie o tak późnej porze i szczerze byłem wkurwiony że ktoś miał zamiar przerwać mi moje, tak właściwie, nic nie robienie.
Przekręciłem klucz w zamku i nacisnąłem na klamkę, na co drzwi ustąpiły i uchyliły się a ja ujrzałem przed sobą dwóch napakowanych policjantów. Po tym co usłyszałem od Drake'a, wcale mnie to nie zdziwiło.
- Harry Styles? – zapytał jeden swoim donośnym, grubym głosem.
- Ta – mruknąłem od niechcenia.
Byłem pewny że przyszli tu po to aby przeszukać moje mieszkanie i znaleźć w nim narkotyki. Mogą się lekko zdziwić bo niedawno wypierdoliłem wszystko, mówiąc Nathanowi że już nigdy więcej nie zamierzam dla niego pracować. Sprzedawanie narkotyków było błędem, ale przynajmniej miałem z tego jakieś pieniądze. 
- Jest pan aresztowany pod zarzutem zabójstwa czterech osób, niejakich: Nicolasa Beve, Maksa Evans, Matthewa Andersona i Richarda Goldmann.
- Co?! – krzyknąłem zdziwiony, kiedy ten drugi stanął za mną, zakładając mi ręce za plecy i zapinając na nich ciężkie kajdanki. – To jakaś pomyłka.
- Raczej nie. Pójdzie pan z nami.
- Puśćcie mnie! Nikogo nie zabiłem! – wrzeszczałem, gdy wyprowadzili mnie z mieszkania.
Szarpałem się, wyrywałem im i krzyczałem, lecz na marne.
- Kurwa, zostawcie mnie, jestem niewinny!
- Zamknij się – warknął ten który cały czas mnie prowadził i uderzył w kostkę, co sprawiło, że prawie upadłem.
Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, zauważyłem na parkingu radiowóz. Mężczyźni szybko zaprowadzili mnie do niego, pomimo moich protestów i błagań. 
Byłem niewinny. Nigdy nikogo nie zabiłem, nie byłem aż takim skurwielem i miałem sumienie. Nie potrafiłbym odebrać komuś życia.
Wepchnęli mnie do samochodu, zamykając drzwi z głośnym hukiem i zajęli miejsca na przodzie. 
Wierciłem się na siedzeniu, starając rozerwać to metalowe cholerstwo z moich rąk, jednak nawet ja nie byłem na tyle silny by wygrać z kajdankami. Zrezygnowany spojrzałem przez okno, na widok miasta. Światła latarni migały mi przed oczami, budynki i drzewa zostawiły w tyle. Spuściłem głowę w dół, wiedząc że nic nie zdziałam.

***

Siedziałem na stołówce, a moje obrzydzenie wzrastało z każdą kolejną chwilą kiedy patrzyłem na danie na swoim talerzu. Nie wiedziałem czy chciało mi się wymiotować ze względu na to chujowe jedzenie, czy dlatego, że ludzie siedzący obok mnie jedli to z tak wielkim apetytem, że nie zdziwiłbym się gdyby przy okazji odgryźli sobie palce.
- Styles, czemu nie jesz? – odezwał się Bob, facet z którym dzieliłem swoją celę.
Jego wygląd sprawiał, że każdy kto cenił sobie życie uciekał od niego najszybciej jak tylko mógł, ale w rzeczywistości był nawet fajnym gościem. Z resztą był jedyną osobą, z którą mogłem zamieć chociaż jedno pieprzone zdanie, oczywiście nie licząc strażnika, ale to było coś zupełnie innego.
- Nie mam ochoty – odpowiedziałem na jego pytanie, krzywiąc się przy tym.
- Ty w ogóle rzadko kiedy jesz – stwierdził.
- Ta, bo to bardziej przypomina gówno niż jedzenie – powiedziałem, wskazując na pełną miskę tego cholerstwa.
Kucharz zapewniał, że jest to makaron w sosie, jednak chyba coś mu nie wyszło podczas jego przygotowania.
- Harry, Harry, Harry, ty zawsze jesteś taki marudny – westchnął. – Trzeba się cieszyć, że w ogóle chcą nas czymś karmić.
- Myślę, że oni bardziej chcą nas zabić tym czymś – jęknąłem, odsuwając od siebie miskę, a kilku facetów siedzących obok spojrzało na mnie dziwnym wzrokiem.
Chyba wszyscy zdążyli już zauważyć, że tutaj nie pasowałem. Wszyscy z wyjątkiem tych, którzy mnie tutaj wpakowali.
Wstałem od wielkiego stołu i bez słowa ruszyłem do wyjścia, przy którym stało kilka strażników.
- Zabierz mnie do tej jebanej celi – powiedziałem do jednego z nich.
On tylko westchnął, będąc już przyzwyczajony do mojego słownictwa, choć w zasadzie większość tutaj zachowywała się o wiele gorzej niż ja. Moje przeklinanie było niczym w porównaniu do tego co niektórzy tutaj wyprawiali.
Zakuł mi ręce w te potworne kajdanki, przez które moje nadgarstki były cholernie posiniaczone i poranione, następnie mocno chwytając mnie za ramię i wyprowadzając z pomieszczenia.
Szedłem wolnym krokiem, nie mając na nic siły. Byłem głodny, obolały i słaby. Nie jadłem nic od czterech dni i powoli wariowałem. Mój żołądek skarżył się za każdym możliwym razem, prosząc o choć trochę jedzenia, jednak nie byłem w stanie nic przełknąć, nie potrafiłem.
Droga do mojej celi trwała zbyt długo i kiedy wreszcie znalazłem się w niej, od razu rzuciłem się na łóżko, pomijając fakt, że było ono strasznie niewygodne, a wystające z niego sprężyny wbijały się w moje plecy. Znosiłem to wszystko, ponieważ niedawno zdałem sobie sprawę, z tego, że na to zasłużyłem. Płaciłem za swoją naiwność. Płaciłem za to, że kochałem nieodpowiednią osobę. Miałem ochotę wyśmiać samego siebie. To nie było w moim stylu, zawsze powtarzałem sobie, że pokazywanie swoich uczuć nie popłaca i nie wolno tego robić. Myślałem, że się zmienię, będę lepszy, a to tylko sprawiło, że stałem się tą wersją siebie, którą nigdy nie chciałem być; bezsilnym, zagubionym i beznadziejnie zakochanym Harry’m Stylesem. To nie tak miało wyglądać. Myślałem, że nigdy nie będę w stanie pokochać kogokolwiek, ale to zmieniło się kiedy do mojego życia wtargnęła ona. Ta cholerna dziewczyna, tak bardzo piękna i inna, niż te które znałem dotychczas. To była jej broń, tym właśnie mnie przyciągnęła do siebie, tą swoją idealnością i niepowtarzalnością. Robiła ze mną te wszystkie okropne rzeczy, sprawiała, że stawałem się mięczakiem, który desperacko potrzebował jej w każdym momencie swojego życia. Alex nie tylko dobrze wykonała swoje zadanie, wsadzając mnie do więzienia, ale także mnie zniszczyła. Doszczętnie rozpierdoliła moje serce, połamała je na małe kawałeczki, przydeptała butem i na dodatek pokazała, że byłem nikim. To bolało bardziej, niż jakiekolwiek ciosy, które ktoś kiedykolwiek mi zadał. Jednak było we mnie coś, co nie pozwalało mi przestać ją kochać. Nie ważne jak często powtarzałbym sobie, że jej nienawidzę, za każdym razem przyznawałem się do tego, że pomimo wszystko nadal ją kochałem. To chyba sprawiało mi najwięcej bólu; myśl, że nie potrafiłem o niej zapomnieć. Ona cały czas była w mojej głowie. Jej głos, uśmiech, piękne brązowe oczy, cudowny zapach, który chciałbym czuć obok siebie do końca życia, jej dotyk; tak bardzo delikatny, kiedy opatrywała mi rany lub gdy całowała mnie, owijając swoje ręce wokół mojego karku. Chciałem poczuć te jej cholernie miękkie i pełne usta na swoich. Po tym wszystkim ja nadal jej pragnąłem i zdałem sobie z tego sprawę, dopiero gdy wczoraj ją ujrzałem. Pomimo podpuchniętych oczu, rozmazanego makijażu i wymalowanego zmęczenia na twarzy, wyglądała idealnie. Na początku miałem ochotę wyzwać ją od najgorszych, zmieszać z błotem, lecz gdy usłyszałem z jej ust te dwa piękne słowa, coś we mnie pękło. Nie potrafiłem być na to obojętny. Widok jej, płaczącej był czymś najgorszym na świecie. Zmiękłem. Już chciałem jej wybaczyć, ale coś mi na to nie pozwało. Nie teraz, nie w takim momencie. Nie mogłem mieć stuprocentowej pewności, że jej słowa były prawdą. Musiała mi to udowodnić. Zamierzałem dać jej ostatnią szansę. Nie powinienem tego robić, jednak myśl, że będę mógł zobaczyć ją jeszcze raz, sprawiała, że czułem się trochę lepiej.

Alex’s POV

Okropny ból zawładnął moją głową, kiedy tylko otworzyłam oczy. Światło słoneczne nie przedzierało się przez zasłony, wczoraj starannie zakryłam okna, by słońce nie było w stanie mnie obudzić. Resztami sił podniosłam się do siadu, przecierając dłońmi posklejane od płaczu oczy. Czułam się okropnie, nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Miałam wrażenie, jakby ktoś wyrwał moje serce i rozszarpał je na strzępy. Byłam rozczarowana samą sobą, że sprawiłam, iż Harry nie potrafił uwierzyć w moje słowa. To była tylko i wyłącznie moja wina.
- Jak się czujesz?
Do pokoju weszła Elena, ze szklanką wody w dłoni. Najwidoczniej musiała usłyszeć moje ciche przekleństwa które wypowiadałam od razu po przebudzeniu.
- Źle – powiedziałam, nie będąc w stanie nawet kłamać, z resztą dziewczyna nie była głupia i nie nabrałaby się na fałszywy uśmiech.
- Napij się – powiedziała, podając mi pełne naczynie.
Zabrałam od niej szklankę, wypijając duszkiem całą zawartość. Dopiero teraz poczułam jak bardzo spragniona byłam.
- Dzięki – wymamrotałam ledwo słyszalnie.
- Co zamierzasz teraz zrobić?
Usiadła obok mnie.
- Nie wiem, to powoli zaczyna mnie męczyć. Nigdy go nie odzyskam, chyba się poddam. To nie ma sensu.
Nie miałam na nic siły, a w szczególności na jakiekolwiek rozmowy o całym zajściu.
- Alex, przestań. Nie możesz tak mówić, przecież ci na nim zależy. Pokaż mu, że się starasz.
- I co to da? On nigdy mi nie wybaczy.
Dziewczyna stanęła naprzeciwko mnie, łapiąc za moje ramiona i potrząsając nimi. Naprawdę byłam zmęczona, choć dopiero co zaczęłam swoje działania. Nie wierzyłam w to, że jeszcze kiedykolwiek będzie dobrze.
- Czy ty siebie słyszysz? Jeszcze wczoraj mogłabyś stanąć na głowie dla tego chłopaka, a teraz poddajesz się tak łatwo? Co z tobą?!
- Nie mam na to siły, Elena.
- Alex, do cholery! – krzyknęłam sfrustrowana, wyrzucając ręce w powietrze. – Przecież sama powiedziałaś, że pozwolił ci przyjść po raz kolejny. Nie zamierzasz tego wykorzystać? Gdyby nie chciał cię widzieć, na pewno zachowałby się inaczej. Widocznie zostało w nim odrobinę uczucia.
- Chyba masz rację. Muszę go odzyskać – westchnęłam głośno, czując w sobie nagły przepływ energii.
Nie miałam zamiaru się poddawać, nie teraz, kiedy byłam tak blisko niego. Tylko nie wiedziałam, czy dam radę to wytrzymać.

_________________________
Tym razem więcej Harry'ego i jego przemyśleń. Co o tym sądzicie? 
Komentujcie, skarby, bo mam wrażenie że ostatnio coś mało was tutaj jest
Do następnego x